POWRÓT DO

GŁÓWNEJ

STRONY

_____________________________
Blog > Komentarze do wpisu

Wojciech Mann: Rock-Mann, czyli jak nie zostałem saksofonistą

To jedna z tych książek, które czytam jednym tchem, a następnie żal mi tego, iż tak szybko ją przeczytałem. Z niezwykłą błyskotliwością i właściwym sobie poczuciem humoru, Wojciech Mann napisał coś w rodzaju autobiografii, barwnie opisując najważniejsze wydarzenia w ciągu całej swej kariery dziennikarza i redaktora muzycznego, oraz satyryka i autora tekstów piosenek.

,,Rock-Mann'' czyli jak Pan Mann nie został saksofonistą''

Wojciech Mann to dla mnie postać kultowa, z jaką obcuję poprzez radio (rzadziej TV) praktycznie od dziecka. Jednym tchem mógłbym wymienić te najważniejsze głosy radia, które przed laty kształtowały moje gusta muzyczne i których zapowiedzi przed właściwym utworem nadawanym w eterze były zwiastunem przynajmniej kilku minut muzyki z najwyższym znakiem jakości: Piotr Kaczkowski, Dariusz Michalski, Roman Waschko i wielu innych będących prawdziwymi legendami Polskiego Radia. Wymienione nazwiska kojarzone są głównie z Programem III, przyznać się jednak muszę iż ,,Trójki'' zacząłem słuchać w większym wymiarze dopiero w czasach, gdy rozpoczęto nadawanie audycji w systemie stereo o zasięgu ogólnopolskim (początkowo PR III brzmiał w stereo tylko lokalnie: w Warszawie i okolicach). Jako dumny posiadacz stereofonicznego odbiornika produkcji rodzimej: ,,Amator Stereo'' w drugiej połowie lat 70. ub.wieku (strasznie to brzmi... już więcej nie napiszę: ,,ub.wieku'' :) ), chciałem cieszyć się w pełni przestrzennym dźwiękiem a taki zapewniał na terenie całego kraju ówczesny Program II prezentujący w większym wymiarze muzykę lżejszą (patrz -wspomniani dwa wpisy wstecz -,,wykonawcy z kręgu Humperdincka''). Pamiętam jednak, iż to właśnie w ,,Dwójce'' (a nie ,,Trójce''!) po raz pierwszy usłyszałem głos Marka Niedźwieckiego prowadzącego wraz z Jadwigą Skolarską sobotnie bloki ,,Studio Stereo''. Podczas słuchania jednej z audycji, pewnej grudniowej nocy roku pamiętnego, kilka minut po północy sygnał audycji zanikł a Pani Jadwiga i Pan Marek nie pożegnali się ze słuchaczami. Będąc przekonany, iż to efekt kolejnej awarii anteny zbiorczej (to taki wynalazek na osiedlach mieszkaniowych, mający na celu uniknięcie lasów anten wyrastających na każdej ścianie tzw. ,,bloków mieszkalnych''), odłożyłem słuchawki (nieodłączny atrybut melomana zamieszkującego ,,blok mieszkalny'') i położyłem się spać. Rano okazało się że nie ma w telewizji ,,Teleranka'' a na kolejne audycje radiowe przyszło mi czekać dobrych kilkanaście miesięcy. Nie mogę więc z czystym sumieniem napisać, iż to ,,Trójka'' kształtowała moje gusta muzyczne, gdyż słuchając również ówczesnego Programu II miałem i tam swoje ulubione głosy radiowe: Bogdan Fabiański, Krzysztof Szewczyk, później również: Tomasz Szachowski (niezwykły ,,Wieczór płytowy''), które zwiastowały oprócz muzyki rockowej -również tzw. muzykę środka i jazz. Jeśli więc o swój rozrzut zainteresowań muzycznych miałbym winić, bądź być wdzięcznym radiu lat 70. i 80. to jest w takim razie fuzją muzyki słuchanej z ówczesnej ,,Trójki'' i ,,Dwójki'' (,,Jedynka'' nadawała wówczas wyłącznie na falach długich raniąc moją wrażliwość i estetykę szumami z eteru -Programu Pierwszego zacząłem więc słuchać zdecydowanie później).
Wracając do osoby Wojciecha Manna; istnieje w mojej świadomości od zawsze, choć nie wszystkie Jego poczynania napawają mnie zachwytem (w tym Jego pseudosatyryczny tandem z K.Materną przed laty, czy -o zgrozo!- program ,,Szansa na sukces'', o którym autor własnej biografii sprytnie zapomniał nie wspomniawszy o tym epizodzie na stronach ksiązki). Pierwszy raz zobaczyłem w TV Pana Manna, gdy demonstrował okładkę płyty JETHRO TULL: ,,Stand Up'', podczas której otwierania wycięte papierowe postacie muzyków wstawały (tak jak dzieje się w niektórych książeczkach dla dzieci). Pamiętam jak w owych czasach, gdy każda tzw. ,,zachodnia płyta'' była prawdziwą relikwią -zazdrościłem jej temu potężnemu Panu z TV... Tak, każda płyta ze strefy dolarowej to był wówczas prawdziwy skarb, mający ponadto w ówczesnej Polsce po nie zawsze legalnym imporcie, niesłychaną cenę (ja pierwszy ,,zachodni'' longplay zakupiłem za równowartość połowy miesięcznej wypłaty Mego Taty)... Pomyślałem sobie że Ten Pan to musi być Gość, skoro posiada takie skarby. Tak zostało: Wojciech Mann to dla mnie wielki ,,Gość'' -postać kultowa i legendarna. Po Jego autobiograficzną książkę sięgnąłem więc bez chwili zastanowienia.
Mann sięgnął do samych początków swojej przygody z muzyką, kiedy to wstąpił do harcerskiego zespołu Gawęda i chciał pozować do zdjęcia z saksofonem w ręku, na którym grać nie umiał (ostatecznie kazano mu trzymać w rękach klarnet) -stąd tytuł książki. Kolejne losy bohatera związane ze zbieractwem płyt (niechlubny incydent z retuszowaniem zdartej płyty przeznaczonej na sprzedaż), stacjami radiowymi (pierwszą była Rozgłośnia Harcerska), przygodami z muzykami (m.in. niezapomniana prywatka w domu Marii Szabłowskiej z grupą ANIMALS, czy duet wokalny z samym STEVIE WONDEREM na Stadionie Dziesięciolecia) i wyjazdami za granicę, opisywane są w niezwykle humorystyczny sposób i z zachowaniem wielkiego dystansu autora do własnej osoby. Co ciekawe; czytając tą książkę miałem wrażenie, iż słyszę głos Pana Manna z właściwymi dla Niego intonacjami i akcentami, a więc ewentualne wydanie jej w wersji audio book uważałbym z mojego punktu widzenia za zbyteczne. Jest też wątek ...hmm... romantyczny (?), gdy autor wspomina o swym oczarowaniu i zachwycie poznaną w Sopocie chińską piosenkarką Wei Wei, którą na umieszczonym w książce zdjęciu obejmuje z rozpromienionym uśmiechem na twarzy. Nie wspomina przy tym ani słowem o wokalnych atrybutach Pani Wei Wei.
Opowieść Wojciecha Manna to historia chłopca, którego życiowe marzenia muzyczne spełniły się z nawiązką. Nie jest to jednak ,,baśń o Kopciuszku'' jako że autor nie ukrywa przed czytelnikiem pewnych faktów, jak: rodzina za granicą (co w latach 70. stanowiło nie lada furtkę do większych możliwości), czy biegła znajomość angielskiego od dziecka (w tamtych latach mało kto miał możliwość nauki tego języka).
Jak napisałem we wstępie: książkę tą przeczytałem jednym tchem, lecz wracał będę do niej na pewno niejednokrotnie. Choćby po to by uporządkować pewne fakty, przeczytać jeden z rozdziałów jako pojedynczą opowieść (tak książka została zredagowana), czy po raz kolejny roześmiać się przy jednej z opublikowanych ,,list przebojów'' Pana Wojciecha (jak np. ,,Pięć zdumiewających tekstów piosenek'' czy ,,Pięć piosenek o najwyższym stopniu okropności''). Ponadto wiele opisywanych w niej zdarzeń po prostu sam pamiętam. Nawet tych traktowanych przez Pana Manna jako niemalże prehistoryczne jak recital ABBY w ,,Studio 2'' czy koncert DONOVANA w Sopocie (gdy ogłupiona -ogłupiała?-publiczność skandowała: ,,Jason! Jason!'').
 Jak to jest? Przecież od zawsze jak tylko sięgnę pamięcią do swego niemowlęcego wieku muzycznego -Pan Mann już tam był... i to dorosły, taki jak dziś... Idąc za przykładem autora ,,Rock-Manna'' również sprawdziłem swój PESEL i również się uspokoiłem :) .

Wojciech Mann: ,,Rock-Mann czyli jak nie zostałem saksofonistą'' (wyd. Znak, 2010)

FRAGMENTY KSIĄŻKI:

ze strony: wpolityce.pl

WOJCIECH MANN: Rockmann czyli jak nie zostałem saksofonistą

Data premiery: 19 października 2010

 Wydawnictwu Znak serdecznie dziękujemy za udostępnienie poniższego fragmentu.

 Moją pierwszą prawdziwą amerykańską płytą był singiel Elvisa Presleya. Z jednej strony nagrana na nim była piosenka Blue Moon, a z drugiej Just Because. Płyta miała tak zwaną dużą dziurę, więc aby ją odtworzyć w sposób właściwy, trzeba było dysponować albo specjalnym krążkiem, który umieszczało się na ośce talerza gramofonu, albo też plastikowymi wkładkami, które umiejętnie wciskało się w otwór płyty. Znałem każdą rysę i każdą literkę na moim Presleyu, a że w chwili kupna płyta była już sporo używana (zapłaciłem za nią pięćdziesiąt złotych), w niedługim czasie od bezustannego odtwarzania z czarnej stała się niemal biała.

Taki stan gramofonowych rarytasów wcale nas jednak nie zniechęcał. Znaliśmy różne sposoby na odmłodzenie naszych płyt, a w wypadkach skrajnych na spowodowanie przynajmniej jednorazowego odtworzenia, aby – o, wstydzie! – takiego nieboszczyka wepchnąć za jakieś pieniądze innemu naiwniakowi. Dzisiaj winylami zajmują się prawdziwi kolekcjonerzy, którzy są ludźmi na wskroś uczciwymi i obce im są jakiekolwiek niegodne praktyki. Moje niegdysiejsze zabiegi powodujące chwilowe zmartwychwstawanie płyt to już tylko godna napiętnowania historia.

Jak wspomniałem, płyty ostro zgrane nabywały charakterystycznego białawego koloru. W celu uzyskania gwarantującej zainteresowanie kupującego połyskliwej czerni należało część grającą nasmarować czymś tłustym. Nie mogły to być mazie koloryzujące ani silnie zapachowe, gdyż były łatwe do zdemaskowania. Wchodziły w grę bezbarwne wazeliny, a także, w skrajnych wypadkach, masło lub smalec. Po dokładnym rozprowadzeniu powierzchnia płyty błyszczała się jak psu oczy i robiła wrażenie nieużywanej. Dodam, że z tłuszczami organicznymi należało postępować ostrożnie, gdyż nie do wszystkiego się nadawały.

Boleśnie przekonał się o tym mój znajomy, który nierozważnie pożyczył mi drogocenny magnetofon szpulowy marki wschodnioniemieckiej. Magnetofon ten miałem na krótko, więc używałem go intensywnie. Jego niedoskonała konstrukcja spowodowała, że zaczął lekko klinować na kołkach prowadzących. Muzyka brzmiała fałszywie, jakby nierówno, co mi się zdecydowanie nie podobało. Chcąc przywrócić aparaturze zwinność, dość dokładnie wysmarowałem wszystkie części ruchome masłem eksportowym. Niestety, właśnie dzięki ruchowi nasmarowanych części i generowanemu przy okazji tarciu, masło pod wpływem temperatury trochę się zwęgliło. Ruchome części przestały się ruszać i nie było już słychać żadnej muzyki.

Wróćmy jednak do płyt. Lśniący album mógł zwieść amatora, ale ci bardziej dociekliwi chcieli jeszcze posłuchać, czy płyta dobrze gra. Był sposób pozwalający na jednorazowe w miarę przyzwoite jej odtworzenie. Otóż na moment przed położeniem płyty na talerzu gramofonu należało lekko pociągnąć jej powierzchnię wodą. W jakiś magiczny sposób ha dwa o eliminowało szumy i trzaski, tworząc złudzenie, że mamy do czynienia z prawie nówką.

Z płytami wygiętymi postępowało się inaczej. Barbarzyńcy usiłowali prasować je żelazkiem. Najczęściej kończyło się to zaprasowaniem rowków i było po balu. Nieco większe szanse dawało włożenie winyla między dwie szyby i pozostawienie go w nasłonecznionym miejscu pod baczną kontrolą. Tym sposobem udało mi się naprostować jednego Cliffa Richarda, który przedtem leżał trochę za blisko kaloryfera.

Doskonale pamiętam inny, też przejściowo należący do mnie, longplay Pata Boone’a, który był w tak złym stanie, że po umieszczeniu ramienia gramofonu na brzegu ramię owo zjeżdżało natychmiast do nalepki, nie odtwarzając ani jednej nutki. Z dumą mogę powiedzieć, że sprzedałem tę płytę, a nabywca dzięki niektórym wyżej wspomnianym zabiegom wysłuchał z zachwytem wszystkich nagranych na niej piosenek pierwszy i ostatni raz w życiu.

Inną sensację fonograficzną miłośnicy muzyki zawdzięczali Fidelowi Castro. Po obaleniu upiornej dyktatury złych ludzi lud kubański wraz z władzą przejął między innymi tamtejszą tłocznię płyt. Tak się szczęśliwe złożyło, że tłocznia owa zachowała niezniszczone matryce kubańskiej edycji znakomitego longplaya Elvisa Presleya Elvis Is Back. Co prawda jakość okładki była o wiele marniejsza od oryginału, sama płyta gorzej wytłoczona od amerykańskiego pierwowzoru, a tytuł zmieniony na Elvis regresa, jednak był to prawdziwy rarytas. W wyniku rozliczeń między Polską a Kubą obok pryszczatych pastewnych pomarańczy, papierosów Ligeros i rumu Havana nasz rynek otrzymał pewna partię Regresy. Wobec czarnorynkowych cen zachodnich płyt długogrających, które oscylowały w granicach od trzystu do pięciuset złotych, państwowa cena tego wydawnictwa, chyba około złotych stu, była rewelacją.

Elvis był zresztą jednym z moich ulubionych wykonawców, choć w czasach kiedy zacząłem się fascynować muzyką, był już troszeczkę démodé. Gwiazdy rock and rolla lat pięćdziesiątych oddawały już pole młodym Brytyjczykom z gitarami. Ale Elvis, w swoim wcześniejszym, nieotyłym i niezłotemhaftowanym wcieleniu, niezmiennie czarował mnie swoim głosem. A przy piosence Heartbreak Hotel chyba nawet upodobniałem się do Presleya. Dostawałem magicznych oczu, przez trzy minuty biła ze mnie przepełniona niezwykłymi fluidami energia i najbardziej niedostępne kobiety wyraźnie wówczas słabły. Niestety, gdy Elvis przestawał śpiewać, czar pryskał.

Moja wielka miłość do muzyki zawsze miała raczej charakter bierny. Historia światowej kultury powinna jednak odnotować pewien incydent, który miał miejsce w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. Otóż zupełnie niespodziewanie zechciałem przejść ze stanu biernego w czynny. Śpiew raczej nie wchodził w grę. Co prawda na lekcjach śpiewu w szkole nauczyciel wkładał wiele wysiłku, aby uzyskać ode mnie czysty ton, stając tuż obok mnie ze skrzypcami, ale podejrzewam, że nawet gdyby otaczała nas wielka orkiestra symfoniczna, to popsułbym jej szyki. Dygresyjnie powiem, że w końcu zaliczyłem ten cholerny śpiew, wykonując brawurowo ludową pieśń Zielony mosteczek. Stres był tak potworny, że do dziś pamiętam słowa, choć ich nie rozumiem. Zaczynało się tak:

 

Zielony mosteczek ugina się,

Zielony mosteczek ugina się,

Trawka na nim rośnie, nie sieka się,

Trawka na nim rośnie, nie sieka się.

 

Nie bardzo wiedziałem, czemu trawka się nie sieka, ale śpiewałem zapamiętale dalej:

 

Gdybym ja ten mostek arendował,

Tobym go wyplenił, wytręgował.

 

W życiu niczego nie tręgowałem, bo nie wiem, jak to się robi… Potem jeszcze chyba było:

 

Czerwone i białe róże sadził,

I ciebie, dziewczyno, odprowadził,

Odprowadziłbym cię aż do lasa,

A potem zawołał hop sa sa sa.

 

Najlepiej wychodziło mi „hop sa sa sa”, ale to i tak nie zmieniło mojej krótkiej i nieudanej historii jako wokalisty.

Potem przyszedł saksofon. Saksofon był dla mnie instrumentem szalenie męskim i trochę kosmicznym. Zarówno dźwięk (szczególnie tenorowy), jak i liczba klapek oraz połysk imponowały mi niesłychanie. Czułem, że gdybym wystąpił publicznie z saksofonem, nie oparłaby mi się żadna kobieta. Niestety w tamtych latach podaż saksofonów była bardzo niewielka, a ich cena prohibicyjna.

Naturalną koleją rzeczy pomyślałem o gitarze. Mama, mimo sporej wiedzy na temat muzykalności swego syna, postanowiła zaryzykować i wyciągnąwszy z bieliźniarki odłożone na czarną godzinę pięćset złotych, kupiła mi gitarę akustyczną krajowej produkcji oraz stosowny podręcznik. Podręcznik był za gruby, więc szybko z niego zrezygnowałem. Zacząłem ćwiczyć prostsze melodie ze słuchu, co nie było łatwe, gdyż nie umiałem tej gitary nastroić. Szczytowym osiągnięciem było zagranie przeze mnie na jednej strunie piosenki „Mój pierwszy bal” (oczywiście tylko refrenu). A także paru tak zwanych chwytów, które miały tajemnicze nazwy typu C-7 albo G-8. Do dzisiaj nie wiem, o co chodzi z tymi nazwami. Grałem jednak stosunkowo niedługo, gdyż instrument był dość toporny, odległość strun od gryfu ogromna, a co za tym idzie, moje chłopięce paluszki (głównie lewa rączka) były nieźle pokiereszowane i zbolałe. Gitara wylądowała w wersalce razem z nadziejami na wielką karierę. Clapton mógł spokojnie się rozwijać.

Uczucie ulgi, że nie muszę ćwiczyć ani śpiewać, towarzyszyło mi niestety dość krótko. Mama, nie chcąc, żebym się stoczył, szukała dla mnie różnych zajęć dodatkowych. Jednym z pomysłów było zapisanie mnie do harcerskiego zespołu artystycznego Gawęda. Gawęda robiła dokładnie wszystko to, czego ja nie znosiłem i nie umiałem robić: tańczyła, grała i śpiewała. Szefował jej druh Andrzej Kieruzalski, człowiek wielu talentów i wielkiej pasji. Uczył zapatrzonych w niego podopiecznych innej niż panująca wokół estetyki. Wszystko było bardziej kolorowe, pogodne i wymykające się socjalistycznej bylejakości. Godny podziwu miał nawet odręczny podpis – przypominał pierwiastek (√) i tak mi imponował, że przez jeden sezon też się podpisywałem pierwiastkiem, tyle że dużo bardziej koślawym.

W Gawędzie był obok harcerstwa i teatr lalek, i śpiew, i taniec, i dużo bardzo ładnych dziewczyn, a także prawdziwe występy przed publicznością. Mimo iż sam Kieruzalski grał na obciachowym akordeonie, to nie zwalczał rock and rolla. Podczas naszych występów najbardziej przeżywałem instrumentalną wersję prawdziwego przeboju Paula Anki You Are My Destiny, graną przejmująco na trąbce przez druha Włodka. Poddany testowi wokalnemu przez Andrzeja Kieruzalskiego, już po paru minutach zostałem przeniesiony do ostatnich rzędów chóru z prośbą, żebym raczej tylko otwierał usta i nie męczył się śpiewem. Podobnie było z moim udziałem w ciekawych układach tanecznych. Mimo braku efektownych partii solowych atmosfera panująca w zespole spowodowała, że spędziłem w Gawędzie kilka przyjemnych lat jako quasi-harcerz i element „tłumu scenicznego”.

Wziąłem nawet udział w profesjonalnej sesji fotograficznej, dzięki której mogłem stać się międzynarodową gwiazdą. Autorem zdjęć był późniejszy słynny fotograf Marek A. Karewicz. Marek stał się mistrzem fotografowania muzyki, ze szczególnym uwzględnieniem jazzu i rocka. Uwieczniał na swoich zdjęciach największe światowe gwiazdy. Ponadto projektował setki świetnych okładek płytowych, między innymi tę zespołu Breakout, na której Tadeusz Nalepa idzie, trzymając za rękę swego małego synka. Niestety, wszelkie artystyczne zasługi Karewicza bledną przy krzywdzie, którą wyrządził mi, aranżując wspomnianą sesję. Liczyłem, że choćby na zdjęciu będę mógł wystąpić z moim wymarzonym saksofonem. Karewiczowi najwyraźniej coś się nie komponowało, bo pozbawił mnie tego przepięknego rekwizytu i wetknął mi do ręki (co za kompromitacja!) klarnet. Ani moje kupione na ciuchach oryginalne amerykańskie jeansy, ani wówczas jeszcze gibka figura typowego saksofonisty nie zrekompensowały wstydu wynikającego z klarnetu. Powiedzmy sobie szczerze: Karewicz był złym człowiekiem.

Z racji przynależności do zespołu odbyłem z nim coś, co można nawet nazwać trasą koncertową po Polsce. Była ona niezwykle oryginalna, ponieważ środkiem transportu był wynajęty wagon kolejowy. Zależnie od zaplanowanego w danym dniu kierunku doczepiany był do odpowiedniego składu i dowoził nas bezproblemowo do miejsca przeznaczenia. Nie będę ukrywał – ten wagon to był wagon towarowy, więc daleko mu było do Orient Expressu. Spaliśmy na składanych łóżkach, myliśmy się pod pompą na torach albo – słowo honoru! –w prawdziwej kolejowej łaźni z witkami do smagania, bo na taką gdzieś natrafiliśmy. Mimo skromnych warunków zabawa była doskonała i pełna przygód. A ile było emocji, gdy kontrabasista druh Adam bardzo silnie dał w dziób podpitemu tubylcowi, który przystawiał się namolnie do jednej z naszych dziewczyn!

________________________________

poniedziałek, 29 kwietnia 2013, longplay_2010
Tagi: M

Polecane wpisy